m

poniedziałek, 21 lipca 2014

Sansara.

Kiedyś przychodzi taki dzień, że zdajesz sobie sprawę z jebanej odległości, dystansu między ludźmi, Ci z którymi się potrafisz dogadać mieszkają za daleko, Ci co są blisko są jednak za daleko. I myślisz, który dystans jest łatwiejszy do pokonania, iść, jechać? czy tutaj się bardziej starać?
Czasem chciałbym gdzieś dalej mieszkać i napisać do kogoś stąd, pogadać tak naprawdę bez dystansu, od serca, poznać dobrze i na zawsze osobę tą do siebie wziąć.
Tak wiele nas łączy z kimś, a dzieli - jebany dystans.
Tak wiele nas łączy z kimś, a jednak dzieli - jebana odległość.
Jest parę osób z stąd z którymi chciałoby się nawet uciec, wyjechać...
Tylko, że narasta dystans kiedy ktoś bliżej być spróbuje i to nieraz...
Może warto byłoby gdzieś razem choć na chwilę wyjechać żeby potem mieć coś wspominać?
Wspominać, że warto było zaryzykować żeby coś nowego odkrywać.
Bez ryzyka nie ma zabawy, bez odwagi zwycięstwa, to przecież pierwsza liga.
Setki pojedynków i bitew można przegrywać, żeby na samym końcu najważniejsze wygrać i co swoje odebrać.
Tak wiele łączy, a tak niewiele dzieli...
Może warto byłoby spróbować i tą przeszkodę pokonać, zmienić.
Mowa o osobie, która jest mi bardzo bliska. 
Dzieli nas małe coś do siebie, a jednak ogromny dystans.
Mam zapał podróżnika, lubię nowe miejsca odkrywać.
Nie straszne mi już przechodzić przez różne zjawiska...
Nawet pogodowe... jeśli masz pogodę ducha kiedy pada deszcz podniesiesz głowę 
i znajdziesz Słońce. Ktoś, kto będzie obok otworzy parasol i powie: i przed tym też Cię uchronię...
Najpiękniejsze szlaki, które można odkryć, można odkryć razem, ktoś potem będzie pamiętał, że właśnie tam rozpoczął się czyjś wspaniały spacer...
Tym bardziej wtedy kiedy każda z osób ma już swoje, samotne, dobrze zapamiętane i opisane,
te najtrudniejsze, czarne. 
Do których samemu nie ma po co wracać, zbyt trudne by w pojedynkę samemu iść i nie zawracać.
Ciężko jest jak ktoś zbacza z szlaku, nie trudno żeby zabłądzić i dostać różnego rodzaju urazów...
Lepiej mieć pomocną dłoń, na wypadek różnych wypadków,
Niż iść samemu wciąż, gubiąc drogę trzymając nawet mapę przy róży wiatrów.
Gdy nadchodzi sztorm samotności nie ma nigdy lekko, wciąż zmagać się z cichą burzą w sobie to tak jak walczyć na okręcie o przetrwanie gdy fale trzęsą zalewając go.
Dodając do tego coraz większy opór który trzeba ciągle stawić mnożącym się lękom.
Ciężko jest dopłynąć przez ocean łez żeby coś nie pękło...
Przez dzień wydaje się spokojny, w nocy niszczy wszystko co napotka na drodze.
Atakuje wtedy gdy nikt tego nie widzi, wtedy jest najgorzej...
Ja widzę i już na sam widok jest mi ciężko, jak ktoś bliski zmaga się z czymś co wytrąca mu z rąk ster i prowadzi ślepo.
Dlatego to nie obojętność cechuje moją naturę, zbyt wielkie znaczenie mają rzeczy, które spotkałem wchodząc na górę...
Nie jest mi obojętne co się z kim stanie, wiele dróg to jedna trasa.
Wiele zakrętów pokaże gdzie powinno się odnaleźć, a co jest końcem świata.
Może kiedyś nadejdzie taki dzień, albo takie spotkanie, 
że ja będę w wstecz szedł, albo kogoś w końcu z przodu znajdę...
Póki co stoję w miejscu i patrzę... 
Gdzie bliżej iść dalej...
Jednocześnie przechodząc sansarę... 
Samotne, ciężkie wędrowanie.