Noce są coraz dłuższe, dni nie widać,
trwa wieczna młoda noc polarna.
Żyję, czuję jak noktambulista...
wszak senna stąd powłoka niebieskiego ciała.
Inny świat, inna przestrzeń, we śnie na jawię podróżuję w kółko jak te znane auta,
Znana orbita eliptyczna kręcę się, okrążam pamięć, poczuję zgubność, alienacja.
Komety myśli, miliony mil połączeń, gdzieś tam odczuwam przyciąganie...
To tędy wyścig minionych chwil, spojrzeń, nieś tam... fruwam... krzyk do marzeń...
Do celu... Aphelium... Do celu...
Do celu... zapętlam się spoglądając bezustannie przez ramię...
Aphelium... Zataczam krąg orbitując wokół Ciebie dzięki sile ciążenia,
Bez tlenu... tak spędzam tę chłodną zwaną współudziałem przejażdżkę...
Gwiazda przewodnia, to kul słonecznych uosobienie większych zbliżeń ciepła...
Niedostępna... Obiegam...
Miliony kilometrów przez pustkę arbitralnie, trajektorii niezmiennej, trwałej
Żeby raz na rok na skutek imaginacji znaleźć się niemal w sercu, w peryhelium...
Miniony liczbą pechu, więc próbę mi wskaże, walkę gonitw ze słonecznym wiatrem.