m

czwartek, 13 listopada 2014

Whatever.

Ile czasu jeszcze zbierać się tu z tego mam,
Tak sobie w wstecz patrzę, ile to już w tym lat...

Nie martwię się tym, co już niby jest za mną, ciekawe...
Więc, dlaczego budząc się co rano widzę tą tonącą tratwę?

Wszystko może się spieprzyć, nie winię nikogo wokół już,
Nie każdy stanie się lepszy, zanim odpadnie i opadnie popiół i kurz.

Dlaczego zatem, mam być lepszy od samego siebie jutro tylko tu?
Codziennie usiłując bezsilnie patrzeć, jak za każdym razem,
Grając nieczysto wygrywa wszystko za mnie nie ten, co by mógł.

Wróg. Oddalam się coraz bardziej, samemu wspinając się po niepewnej linie,
Wypuszczam sześć chmur po siódmej skaczę, patrząc na upływającą chwilę.
Spadam, lecz widzę, że nadal jestem wyżej niż małostkowy ludzki kontynent,
Staczając się tworzę z małej śnieżki lawinę, przez zmiennocieplność znów przeżyję.

Kolejne pęknięcia, utwardzają mnie, lecz zostawiają najpierw niezauważalne dziury,
Chłód dostaje się do wewnątrz nachalnie, nie zamarznę, mam śnieżnobiały umysł.
Wirujące części świata i krzyczące demony to wynik uszczerbku na mojej duszy,
Nie każdy zdradza swe imię bezbronny do chwili, gdy nie wyrwiesz się z palącej pustki.

Popełniam błędy bo działam od zaraz, skaczę w dół żeby to na czym mi zależy złapać,
Przez to tonę znów, obijam się po skałach, tracę grunt, nieprędko przychodzi mi wracać.
Często nie robię tego dla samego siebie, a muszę schodzić z oddalonego samotności szczytu,
Ciężko przechodzę przez tą twierdzę smutku, a chciałbym parę osób zaprowadzić ku wyjściu...